W związku z decyzją Ministra Kultury RP o zawieszeniu działalności wszystkich placówek kultury związaną zagrożeniem epidemiologicznym Wystawa zostanie przesunięta. O nowym terminie wernisażu i wystawy  powiadomimy Państwa w najbliższych tygodniach.

————————————————————————————————————–

Anastazja Pazura „WSTYD” – wystawa 24 kwietnia – 8 maja / Foyer Teatru 6.piętro

Wernisaż 23 kwietnia, 18:00, Teatr 6.piętro / Sala Gałczyńskiego

————————————————————————————————————–

Marketing skierowany do płci pięknej opiera się na wywoływaniu poczucia wstydu i zazdrości. Jednocześnie w narracji sugerującej, że nie powinnyśmy o tych uczuciach ze sobą rozmawiać bo są błahe. Każdy ma jakieś kompleksy (no ba), w końcu jesteśmy bombardowani reklamami tysiące razy dziennie*, co oznacza, że bez końca dążymy do wiecznie zmieniającego się obrazu perfekcji. Perfekcji kompletnie sfałszowanej przez wielkie koncerny, które tymi zabiegami zarabiają krocie na “problemach” wykreowanych przez ich zespoły. Rynek zalewają kolejne szybkie i łatwe rozwiązania tych wyimaginowanych problemów i szybko uzależniają. Innymi słowy, żeby sprzedać kolejny krem należy wywołać na niego popyt, a kobietę najłatwiej jest zawstydzić. Najłatwiej i najskuteczniej bo wokoło wstydu wizerunkowego równolegle rośnie tabu, a jeśli się o czymś nie rozmawia z igły rzeczywiście rosną niebezpieczne widły. Ciężko o tym rozmawiać, bo kobiety widocznie dbającej o wygląd nie traktuje się poważnie, a jednocześnie tego zadbania do perfekcji wciąż się od nas wszystkich wymaga. Mamy jedynie udawać, że to nic nas nie kosztuje, ani psychicznie ani finansowo. Powinnyśmy zapychać pory, leczyć nieuleczalny cellulit, chudnąć
w pasie ale tyć w biuście, jeść sezonowy superfood, wybielać zęby i tyłki, golić każdy włos co nie rośnie na głowie, spędzać tysiące godzin i złotówek a wszystko po to, żeby móc powiedzieć, że tak się budzimy każdego ranka, że tak nas identycznie potraktowała matka natura. Co sezon to samo tylko inaczej. Każda z nas wie, że jest odwrotnie, że gonimy wciąż za wirtualnym ideałem piękna i kosztuje nas to bardzo dużo, przede wszystkim energii. W rzeczywistości dla wielu z nas ta pogoń to pewnego rodzaju rozpraszacz, na którym łatwiej się skupić niż na pracy wewnętrznej. Łatwiej i spokojniej bo w społeczeństwie skupionym za zewnątrz nie trzeba wcale patrzeć w głąb, żeby sprawiać dobre wrażenie. Niejedna z nas została wyszkolona tak, żeby swój wygląd skrajnie wiązać z samopoczuciem. Ja na pewno… Pięć kilo mniej w pasie to pięć kilo więcej pewności siebie, czy nie tak wołają do nas edytowane ciała z reklam?

Każda z nas ma swój rozum, chciałoby się powiedzieć. Wszystko jest dla ludzi, chciałoby się wierzyć. Słyszałam nawet argument, że tylko brzydcy ludzie mają problem z marketingiem wizerunkowym. Jednak ja wysuwam dzisiaj tezę, że niekoniecznie możemy ufać swoim instynktom jeśli chodzi o konsumeryzm tej całej sytuacji. Jak pies Pawłowa, od pokoleń jesteśmy kondycjonowane do pewnych odruchów. Uczymy się życia w tym co będzie: w jutrze, w kolejnym gadżecie, w “sylwetce na lato za rogiem”, w następnej racie kredytu, w zachciankach, które włączają wyrzuty sumienia albo w tym co było: we wstydzie poprzedniego roku, nieprzemyślanej decyzji, złego zakupu, ciała “po świętach”, nieudanej relacji itd. Same, jakimś cudem, mamy znaleźć umiar. Bez żadnego treningu i z klapkami na oczach mamy wiedzieć jak wygląda złoty środek. Same mamy nauczyć się szanować i kochać, kompletnie po omacku. Kierowane wciąż w odwrotnym kierunku niż do środka nosimy na sobie brzemię zachowania zdrowego rozsądku. Jako kobiety żyjemy w ciągłym cyklu, jednak cenić sobie powinnyśmy prawie nieosiągalny poziom stoicyzmu. Chociaż czujemy indywidualnie traktuje się nas grupowo. Dzieli na “typy” zarówno w prawie, w opinii publicznej jak i oczywiście w marketingu. Krem pod oczy może być uniwersalny, za to samoakceptacja jest całkiem inna dla każdej z nas osobno, nie ma na nią recepty ani sposobu. Łatwiej więc kupić krem i postawić kropkę. Milej być częścią grupy, bezpieczniej, szczerze w to wierzę, jednak nie można pozwolić na to, żeby świat z zewnątrz tę naszą grupę definiował.

Reklama skierowana w kobietę i jej wizerunek bazuje po pierwsze na porównaniu, porównanie wzbudza wstyd a ten ciągnie do izolacji. To samonapędzające się koło, wg. mnie zamyka się, głównie dlatego, że boimy się siebie nawzajem, naszych wyuczonych ocen i wytrenowanych opinii bo nie chcemy być ośmieszane za plecami. I tak ciężko jest być kobietą, nie chcemy jeszcze stracić przy tym twarzy. Jesteśmy dumne i nic w tym złego. Jednak nie chce wierzyć w to, że z natury jesteśmy sobie wrogie, że rywalizacja jest wpisana w nasze geny. Wierzę, że to odruchy wyuczone, nienaturalne i stawiające podziały tam gdzie nie powinno ich być. Uważam, że jedynie szczerość i otwarcie mają szansę ten ciąg wydarzeń przerwać. Kobiety nie dzielą się na matki i bezdzietne, na młode i stare, na lafiryndy i zakonnice, nie! Jesteśmy przepiękną mozaiką różnorodności i takiego traktowania powinnyśmy żądać. Chociaż to banalne, często zapominamy, że nic nie jest czarne lub białe i kiedy przychodzi miedzy nami do starć, z dobrym nastawieniem możemy znaleźć więcej rzeczy, które nas łączą niż dzielą.

Wszystkie z Was, dziewczyny widoczne w około, podczas rozmów pootwierałyście mi oczy na wiele aspektów tej dyskusji, o których sama nawet nie pomyślałam i ona rosła razem z Wami. Dziękuję Wam za to, jesteście mi dużo bliższe. Chciałabym, żeby moja wystawa była dla Was, moich modelek, momentem zamyślenia, i stała się tym też dla odwiedzających. Dość robienia nas w bambuko, zatrzymajmy się na moment, żeby zdefiniować źródła naszych kompleksów: które z nich wpoiłyśmy sobie same, a które są wywołane przez wszędobylski wyścig szczurów. Nad którymi rzeczywiście warto popracować, a które możemy sobie w końcu odpuścić. Każda dla siebie osobno, każda na rzecz wszystkich kobiet.

*Według najnowszych statystyk z 2020 roku, widzimy średnio 5,000 reklam dziennie (USA i Europa), z czego przynajmniej połowa jest precyzyjne wycelowana prosto w konkretnego konsumenta dzięki algorytmom kalkulującym jego/jej tendencje w dotychczasowych zakupach. Te informacje (tendencje, historia wyszukiwań i zakupów, czas w jakim podejmujemy decyzję o zakupie i kwoty, jakie wydajemy) są zawarte w “ciasteczkach”, na które zgadzamy się przeglądając internet. Te informacje to waluta, którą obracają wielkie koncerny produkcyjne i ich maszyny marketingowe, m.in.Facebook i Google. Aktualnie taki zbiór informacji na temat pojedynczego konsumenta jest warty średnio około dolara.

(to jest interaktywne zadanie: będzie wisiał mazak przy sztaludze)
Zachęcam każdą z Was do napisania na tej planszy co według Was macie wspólnego z koleżankami.
Uważam, że dzielono nas wystarczająco długo, a to dlatego, że razem mamy więcej siły niż osobno.
Niebezpiecznie i podniecająco więcej.


Anastazja Pazura o sobie…

Wychodzę z cienia. Z początku robię wrażenie pewnej siebie i trochę pretensjonalnej osoby, zresztą to się nawet zgadza. Z czasem można wejść do mojej osobistej przestrzeni, chociaż niewielu to się udało a jeszcze mniejszej grupie się tam spodobało. Moja nieprzewidywalność raczej odrzuca bo tchnie chaosem, chociaż znalazło się parę osób, które odnalazły się w niej, jak u siebie. Profesor Starowieyski bardzo ją lubił i otworzyłam ją dla niego, żeby razem porozmawiać o naszym zamiłowaniu do rysowania “gołych bab” i palić papierosy w ukryciu. On, bo już mu nie wolno a ja bo jeszcze mi nie wolno. To nawet zabawne ile wspólnego mają ze sobą emeryt i nastolatka.

Zawsze eksperymentowałam, empirycznie sprawdzałam co mnie parzy a co nie. W domu gdzie nic nie było jasne a moja w nim rola zmieniała się bez przerwy nie umiałam inaczej. Wciąż byłam nieprzygotowana i za mało konkretna, nauczyłam się więc świetnie grać, udawać i kłamać, żeby zachować jakąś tam wewnętrzną chociaż ciągłość wydarzeń. Przecież trzeba próbować, bo „raz kozie śmierć” i rzeczywiście umierałam wiele razy. Zazdroszczę ludziom z fundamentami, czyli z rodziną i niezmienną w niej rolą we wczesnych latach rozwoju. Chociaż oni sami często nie wiedzą czym dysponują, bo jest to z ich punktu widzenia oczywiste, dla mnie są jednocześnie zagadką i wzorem. Przez moment starałam się uwiązać do kogoś z fundamentem z nadzieją, że i mnie to uziemi, ale bezskutecznie. Nie umiem być kochana i chociaż wciąż się tego uczę, czasem myślę, że już na to za późno. Raz nawet, z miłości, całkiem oddałam komuś stery i znów umarłam bo rozstrzaskaliśmy się w drzazgi. Musiałam odbudować cały swój statek, na szczęście miałam obok siebie ludzi, którzy uświadomili mi, że to była lekcja a nie strata czasu. Jedyna rzecz, nad która mam całkowitą kontrolę to moja waga. Bawiłam się nią kiedyś w te i wewte z różnymi skutkami, a teraz walczę z jej wygórowaną definicją w mojej głowie. Sama sobie naważyłam to i wypiję. Mówię metaforami, jak widać, bo taki jest mój język. Ocenię Cię niekorzystnie jeśli ich nie załapiesz, ale na powrót pozytywnie, jeśli nie będziesz udawać tylko poprosisz o wyjaśnienia. Lubię wyjaśniać, uczyć. Siebie i innych.

Ze mną można przeżyć prawdziwą przygodę bo nie boję się niczego poza głupotą i skoczę z Tobą w każdą zmienną jeśli mi ją wyjaśnisz. Nie nadaję się, ponoć, na sternika, bo zbyt często zmieniam kurs i zbyt bardzo lubię adrenalinę wysokich fal. Jestem sroką, co się świeci to moje: brokat, metal, sekrety, to czego nie chcesz powiedzieć jest jak bursztyny, które znajduję w piachu tego co chcesz, żebym usłyszała. Komiksy, filmy i gry – nasze współczesne legendy interaktywne – nauczyły mnie odpowiedzialności i jeśli coś obiecuję to tak właśnie jest. Oburzam się na brak zaufania chociaż wiem, że to proces, który musi potrwać, bo sama długo uczę się ufać. Hipokryzja nie jest mi obca, zamiast się jej wypierać zaakceptowałam i analizuję sinusoidę, w której żyje. Dumnie powiadamiam, że ślizgam się po niej już dość sprawnie. Czasami potrzebuję kompletnego spokoju albo właśnie dobrze się wyżyć i nie wstydzę się iść za takim ciosem. Mogę przez tydzień nie wychodzić z domu, ignorować wszystko i wszystkich poza jego ścianami, jakbyście nie istnieli i uważam to za zdrowe, ładuję tak baterie. Potrafię też wyjechać nagle, na miesiąc, na stopa, bez planu i zapomnieć o tym, że w ogóle mam dom. To też uważam za zdrowe, wychodzę tak z mojej strefy komfortu, żeby znów nabrać trochę perspektywy. Z natury zachowuję dystans do wszystkiego co konkretne, ostateczne i końcowe. Nic nie jest dla mnie oczywiste (poza fizyką), ani jednoznaczne (poza matematyką). Wciąż jestem jedną nogą w drzwiach, zachowawczo. Kilka myśli obija mi się wiecznie po głowie, jak kierunkowskazy, które kiedyś obrałam i chociaż sama nie wiem dlaczego, stały się one częścią mojego ego i światopoglądu: “ile dasz z siebie tyle otrzymasz w zamian”, “żyj i daj żyć innym”, “nic nie jest takie, jakie się wydaje”, “tylko krowa nie zmienia zdania”, „nie oceniaj”, “opinia, jak dupa, każdy ma własną”, “nie rób drugiemu co tobie nie miłe”. Z ust Ojca, Babci, Matki numer dwa, nauczycielki, koleżanki
z ferii, nie ważne, kto przekazuje mądrość, jeśli rezonuje z moją struną w środku to wchodzi do kanonu.

Uczyłam się najpierw w Polsce, w Ogólniaku Nazaretanek przy Czerniakowskiej, nieźle wspominam ten czas, chociaż nie był formatywny. O argumenty było ciężko, wszystko miałyśmy brać “na wiarę”, a to prowadziło tylko do bardzo nijakich dyskusji i ciemnych odpowiedzi. W liceum najbardziej lubiłam fizykę i naszego uniwersyteckiego wykładowcę, który skierował moją uwagę na temat kwantów i od tamtej pory śledzę dokonania i odkrycia w tej dziedzinie z wciąż rosnącą uwagą bo sądzę, że w nauce leżą odpowiedzi, których odwiecznie szukamy. Jeśli nie są oczywiste dzisiaj, znajduję radość w niewiedzy, z nadzieją, że jeszcze za mojego życia dowiem się ciut więcej. Religią nigdy się nie zatrułam i wiary w nadprzyrodzone nie mam, wierzę za to w ludzi i ich możliwości. Wierzę w siłę solidarności i w moc odosobnienia. Wierzę w mądrość, doświadczenie, obserwację, dyscyplinę, talent i pracę. Wpieniają mnie organizacje działające na własną korzyść. Kościoły każdej religii, według mnie spełniły już swoją rolę w rozwoju cywilizacji, a to co po nich zostało dzieli zamiast łączyć. Formatywne więc były dopiero studia. Pierwsze w Coventry, w Anglii. Wyprowadziłam się z domu tuż przed maturą i tak już zostało, na uczelnie chadzałam z pobliskiego akademika i tam działy się rzeczy, o których anegdoty będę opowiadać wnukom. Chociaż nie wszystkie, wiadomo. Nasza uczelnia była świetnie wyposażona i spędziłam setki godzin w warsztatach piwnic uniwersytetu. Można było robić wszystko: biżuterię, rzeźby, malarstwo, wyginać metal, malować samochody, twarze i budynki, szyć ubrania, projektować strony i wywoływać manualnie zdjęcia. Takim zapleczem może pochwalić się niewiele szkół, zarówno Polskich, jak i zagranicznych. W Coventry zawiązałam też przyjaźnie, które są ze mną do dziś i zostaną na zawsze. Bardzo sobie cenię ten czas. Po powrocie od razu znalazłam pracę w małej ale jarej agencji reklamowej na stanowisku grafika juniora i pomalutku pięłam się po szczeblach nabierając doświadczenie. Z czasem wyzwań było za mało, a te, które się pojawiały były zdecydowanie zbyt małe. Postanowiłam, dla własnej uciechy, pójść do filmówki bo zawsze z tyłu głowy zastanawiałam się czy genów rzeczywiście “nie da się wydłubać” i czy może też mam talent na scenie. Chyba mam, nie jestem pewna, jednak bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, że to były najbardziej formatywne trzy lata mojego życia. Nauka techniczna, jak mówić, pisać, czytać scenariusze między wierszami, zrozumieć okoliczności scen i jak poruszać się na deskach albo przed kamerą przychodziły mi łatwo i przyjemnie. Nadal korzystam regularnie z ćwiczeń dykcyjnych i emisyjnych. Nie te aspekty szkoły były jednak najbardziej znaczące, dla mnie najpiękniejszym zaskoczeniem było to, jak silne więzy powstały w naszej zwariowanej grupie. Bo była ona całkiem zwariowana, aktorstwo wymaga pewnej dozy wrażliwości, a ludzie ku niemu skłonni często nie odnajdują się w codzienności. My od samego początku rozmawialiśmy wspólnym językiem, rozumieliśmy się bez wyjaśnień, jakbyśmy się odnależli. Nadal utrzymujemy kontakt, szanujemy się nawzajem i kibicujemy sobie w każdym przedsięwzięciu. WSF było jak Las Vegas, działy się tam rzeczy nie do opowiedzenia, emocje nie do wyrażenia, sytuacje nie do powtórzenia a wszystko tak głęboko wpłynęło na to, jakimi jesteśmy teraz ludźmi, że nie sposób zapomnieć żadnej chwili.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie akceptują, znoszą i kochają. Wierze Wam i wierze w Was, bez Was nie byłoby niczego.

Kontakt

Magdalena Kasperowicz       Iwona Kowalczyk
m.kasperowicz@teatr6pietro.pl       i.kowalczyk@teatr6pietro.pl
tel. 797 141 970       tel. 532 462 059

PARTNERZY CYKLU SZTUKA NA 6.

Ten serwis korzysta z plików „cookies” oraz wtyczek społecznościowych kierujących do usług innych firm. Informacje zawarte w „cookies” oraz uzyskane w związku ze stosowaniem wtyczek społecznościowych wykorzystujemy m.in. w celach statystycznych, funkcjonalnych oraz dostosowania strony do indywidualnych potrzeb użytkownika.

Dalsze korzystanie z serwisu oznacza akceptację i zgodę na przetwarzanie danych zebranych w związku z korzystaniem z tego serwisu internetowego zgodnie z Polityką prywatności i plików „cookies” –tutaj, a także na zapisanie „cookies” w pamięci Twojego urządzenia. Masz prawo do cofnięcia wyrażonej zgody w dowolnym momencie - możesz samodzielnie zarządzać „cookies” zmieniając odpowiednio ustawienia Twojej przeglądarki.